praca magisterska może być wartościowa

A gdyby Twoja magisterka miała jakiekolwiek znaczenie?

Ponad 100 tys. absolwentów studiów drugiego stopnia opuszcza rokrocznie mury swoich uczelni. To oznacza, że każdego roku powstaje w Polsce ponad 100 tys. prac magisterskich, które mają niebagatelny wpływ na kształtowanie dorobku naukowego naszego kraju trafiają do kosza. A gdyby tak godziny spędzone w bibliotece przynosiły jakiekolwiek korzyści?

Wracam myślami do momentu rozpoczęcia studiów i oficjalnej inauguracji roku akademickiego. Wykładowcy obleczeni w gronostaje, uroczyste ślubowanie, mowy pełne patosu i inspiracji.

Chciałbym jednak, żeby wtedy, wśród tego całego poruszenia, kolejnych braw i kolejnych wystąpień ktoś wyszedł i powiedział, że praca włożona w zdobywanie ECTSów może przynieść realne korzyści. I wcale nie mam na myśli dumy rodziców i świętego spokoju promotora. W krótkim studium przypadku chciałbym Ci pokazać, jak wydałem swoją pracę magisterską w formie ebooka i jak zacząłem na niej zarabiać.

Praca magisterska – początek

Po doświadczeniach z pisania pracy licencjackiej, wiedziałem, że albo napiszę pracę magisterską, która będzie wartościowa, albo nie napiszę jej wcale. Od początku zakładałem, że nie będzie kolejnym plikiem kartek zalegającym w dziekanacie, ale że dotrze do szerszego grona odbiorców. Wybierając więc temat kierowałem się nie tylko swoimi zainteresowaniami, ale również potrzebami otoczenia.

Wybór padł na crowdfunding. W ramach części badawczej postanowiłem przeprowadzić analizę tego zjawiska na kilku płaszczyznach (tzw. metaanaliza).

Z jednej strony prowadziłem wywiady z projektodawcami i osobami wspierającymi kampanie finansowania społecznościowego. Z drugiej, przeanalizowałem pod kątem statystycznym dane liczbowe ponad 1300 projektów zrealizowanych na Polak Potrafi. Dodatkowo wprowadziłem elementy text miningu, szukając pewnych wzorców w opisach projektów crowdfungingowych.

Zdanie po zdaniu, rozdział po rozdziale udało mi się napisać pracę. Już po obronie dowiedziałem się od komisji, że to była jedna z lepszych obron, na jakich byli. To jeszcze bardziej mnie zachęciło, żeby zrobić krok dalej i pokazać moją pracę światu.

Co musiałem zrobić?

Pierwsza bariera, z jaką przyszło mi się zmierzyć, to polskie prawo. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych mówi, że prawo pierwszeństwa do publikacji pracy naukowej studenta przysługuje uczelni (Art. 15a, ustawy z dnia 4 lutego 1994 r.).

Oznacza to, że student owszem może wydać swoją pracę, ale dopiero w momencie, kiedy minie okres pierwszeństwa. Dopiero po 6 miesiącach od obrony, jeśli uczelnia nie zdecyduje się wydać pracy, prawo publikacji przechodzi na autora.

Przyznam szczerze, że nie chciało mi się czekać 6 miesięcy, bo dane zawarte w pracy podlegały szybkiej dezaktualizacji. Złożyłem więc wniosek do prorektora o skrócenie okresu pierwszeństwa.

Minął miesiąc, może dwa, aż któregoś dnia w mojej skrzynce email znalazła się wiadomość z dziekanatu z załącznikiem:

podanie o skrócenie okresu pierwszeństwa

2 godziny zastanawiałem się, co tam jest napisane, ale w końcu odczytałem: „Szanowny Panie Rektorze, popieram prośbę petenta. Nie widzę wskazań publikacji pracy w terminie do 6 miesięcy od jej obrony”.

Był to dla mnie wyraźny sygnał, że warto ruszyć dalej. Cel był prosty: z tego…

praca magisterska

zrobić to…

ebook

Zredagowałem więc pracę, przekształcając trudniejsze fragmenty w zrozumiałe dla 12-latka. Sformatowałem tekst, aby przyjemniej czytało się go na ekranach. Zaprojektowałem też okładkę i wszystko połączyłem w jednym pliku PDF.

Dlaczego to wszystko robiłem sam?

  1. Po pierwsze, bo mogłem.
  2. Po drugie, bo umiałem.
  3. Po trzecie, bo nie wiedziałem jakich efektów się spodziewać.

Oczywiście inwestycja w lepszą jakość mogłaby przynieść lepsze efekty. Jednak jestem zwolennikiem metodologii lean. Uważam, że produkt należy jak najszybciej zaprezentować ludziom, a dopiero potem go udoskonalać.

Jak zrobić to szybko i tanio (i dobrze)

Istnieje nawet zjawisko, polegające na wydawaniu niedokończonych książek – lean publishing. Autor sprzedaje dostęp do tworzonej publikacji. Dzięki temu czytelnicy nie tylko mogą zobaczyć, jak książką powstaje, ale również komentują, mając wpływ na ostateczną wersję. Finalnie dostają to, czego najbardziej potrzebują.

Dokładnie taka sama idea przyświecała mi podczas pisania Finansowania społecznościowego. Chociaż opublikowałem ostateczną wersję pracy, to proces jej przygotowania i dystrybucji był „odchudzony”.

Jak (nie)wyceniłem ebooka?

Długo zastanawiałem się nad ceną ebooka. Można przyjąć, że widełki cenowe, jeśli chodzi o ebooki, mieszczą się w Polsce w ramach od 0 zł do około 50 zł.

Ale ile kosztują prace magisterskie? I tu pojawił się problem. Nie znalazłem bowiem przykładu kogoś, kto z sukcesem opublikował i sprzedawał swoją magisterkę. Specjalnie nawet zapytałem o to na jednej z grup na Facebooku, dla ludzi, którzy na co dzień trudnią się pisaniem. Część tych osób otwarcie przyznała, że pomimo zarabianiu na pisaniu, napisanie pracy magisterskiej było dla nich trudne i nic potem z tym nie robili.

Zidentyfikowałem więc 3 grupy odbiorców:

  1. Ludzie zainteresowani finansowaniem społecznościowym – ta grupa nie była jednak kluczowa, ponieważ maniaków crowdfundingu mamy w Polsce może kilka tysięcy – zdecydowanie za mało.
  2. Projektodawcy zbiórek crowdfundingowych – również mocno ograniczona grupa, do której trudno dotrzeć na odpowiednim etapie.
  3. Studenci poszukujący materiałów do swoich prac dyplomowych – pisząc swoją pracę, zorientowałem się, jak uboga jest literatura dotycząca finansowania społecznościowego. Sam w trakcie researchu byłem skłonny zapłacić za dostęp do ciekawych danych na ten temat. Stwierdziłem więc, że inni mogą mieć ten sam problem i postanowiłem go rozwiązać.

Wiedziałem, że dla dyplomantów zakup będzie obarczony dużym ryzykiem. Jeśli ktoś zakupi ebook, ale nie znajdzie w nim tego, czego akurat szuka, może poczuć się stratny. Stwierdziłem, że najskuteczniejsze w tym przypadku będzie zmniejszenie bariery wejścia.

Postanowiłem przetestować nowy model sprzedaży, w którym to klient ustala cenę zakupu. Nowy, nie znaczy innowacyjny. Wiem, że z powodzeniem stosuje go kilka tysięcy amerykańskich przedsiębiorstw… i przynajmniej 2 krakowskie teatry. Najczęściej spotyka się go pod nazwą Pay What You Want, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza, „zapłać tyle, ile chcesz”, jednak w rzeczywistości: „zapłać tyle, ile jest to dla Ciebie warte”.

Teraz w Waszych głowach może pojawić się pytanie: „Czy to naprawdę działa?” Czyli innymi słowy: „Udowodnij!”. Zanim przejdę jednak do kalkulacji, jeszcze kilka słów o modelu sprzedaży.

Jak przygotowałem zaplecze do sprzedaży?

Na blogu zainstalowałem wtyczkę Easy Digital Download. Wtyczka ta umożliwia prowadzenia sprzedaży w ramach strony opartej na silniku WordPress. Wtyczkę zintegrowałem z systemem szybkich płatności Tpay.com za pomocą specjalnego rozszerzenia.

Najtrudniejszym elementem było jednak dodanie funkcji, która umożliwiłaby płatności w formie Pay What You Want. Niestety wszystkie darmowe rozszerzenia wtyczki Easy Digital Download były przestarzałe i nie dawały odpowiednich możliwości. Jedyna sensowna wtyczka była płatna. Jej koszt nie był wysoki i nawet rozważałem jej kupno, ale wiedząc, że chcę ten projekt zrealizować jak najniższym nakładem środków, postanowiłem rozwiązać problem w inny sposób.

Korzystając z mojej niezbyt rozległej wiedzy programistycznej, edytowałem jedno ze starych, darmowych rozszerzeń tak, aby wprowadzić płatności PWYW. Uzyskałem w ten sposób 3 podstawowe funkcje:

  • Możliwość ustawienia ceny minimalnej.
  • Możliwość wyboru różnych cen – wprawdzie tylko w formie listy, a nie okienka do wpisywania, ale na początek było ok.
  • Możliwość ustawienia ceny sugerowanej.

Cena minimalna jest bardzo istotna. Chodzi o to, żeby zmusić potencjalnego klienta do sięgnięcia po portfel (czyli cena nie może wynosić 0 zł, bo wtedy sporo osób nie płaci z czystego lenistwa – nie chce im się robić przelewu), a jednocześnie dać mu pełną swobodę (jeśli cena minimalna będzie za wysoka, klient poczuje się oszukany). U mnie cena minimalna wynosiła zaledwie 99 groszy – osiągalne dla każdego, ale zmuszające do dokonania przelewu.

Cena sugerowana to dodatkowe odwołanie do ludzkiej uczciwości. Jeśli sugerujemy, że coś jest warte 19,99, to trudniej jest komuś zapłacić mniej.

Trzeci element, którego nie wykorzystałem, a uważam, że podniósłby wartość sprzedaży, to możliwość wpisania ceny, a nie wybrania jej z listy. Usuwamy wtedy górną granicę wpłat, która w moim wypadku wynosiła 29,99 zł. Lista sugeruje minimum, maximum i średnią. Pole do wpisywania przerzuca decyzję o cenie w całości na kupującego. To trochę taki weksel in blanco – ufam Ci i wiem, że wpiszesz uczciwą kwotę.

Jak napisałem ofertę?

Kolejnym etapem pracy było stworzenie oferty. W moim przypadku dwóch ofert. Pierwsza, na którą kierowałem potencjalnych klientów zawierała informacje o produkcie. Wyjaśniała, w jakim celu został stworzony, do kogo jest kierowany i co znajduje się w środku. Jeśli temat kogoś zainteresował, to dopiero po kliknięciu w odpowiedni link, użytkownik przechodził na stronę, w której zachęcałem do wpłat w modelu PWYW.

Ta druga oferta była bardzo prosta, a jednocześnie musiała być bardzo skuteczna, aby nakłonić kogoś do dokonania zakupu. W zasadzie składała się z 5 zdań:

  1. Wyjaśniała, o co właściwie chodzi: „Przygotowałem ten ebook, aby uzupełnić lukę w badaniach nad polskim crowdfundingiem”.
  2. Pokazywała, że jestem człowiekiem: „Proszę, miej na uwadze, że nie robię tego dla zysku. Jestem zwykłym gościem, który chciał się podzielić, tym co wie”.
  3. Odwoływała się do ideałów: „Zależy mi jednak, żeby te materiały przyczyniły się do rozwoju polskiego crowdfundingu”.
  4. Kierowała do właściwej decyzji: „dlatego proszę Cię o drobną opłatę – zapłać tyle, ile uważasz za słuszne”.
  5. Wskazywała na charytatywny charakter transakcji: „100% uzyskanych w ten sposób pieniędzy, każda pojedyncza złotówka zostanie przekazana bezpośrednio na wsparcie projektów finansowania społecznościowego”.

Na końcu znajdował się przycisk zakupu.

oferta ebook

Jak promowałem ebook?

Sprzedaż wystartowała 12 marca. Promocja była bardzo uboga. Składała się dokładnie z:

W międzyczasie odezwał się do mnie Bartosz Malinowski z propozycją napisania artykułu gościnnego na blogu We The Crowd. Dodatkowo rozesłałem gotowy ebook do osób, które przyczyniły się do jego powstania, poprzez podzielenie się swoimi doświadczeniami z crowdfundingiem w wywiadach.

Ile udało się zarobić?

Lejek sprzedaży po 2 miesiącach wyglądał następująco:

  • Pierwsza oferta, na którą kierowany był ruch została wyświetlona 187 razy. W świecie sprzedaży internetowej to tyle, co nic.
  • Druga oferta (zachęcająca do wpłaty) została wyświetlona 104 razy, co daje 55,61% liczby wyświetleń I oferty. Więcej niż połowa osób czytających I ofertę, chciała otrzymać ebooka.
  • Na stronie oferty II, użytkownik wybierał cenę i przechodził na stronę z podsumowaniem zamówienia. Do tego poziomu dotarło 47 osób, czyli prawie połowa z wyświetlających ofertę II (45,19%).
  • Na tym poziomie pojawiał się jednak problem. Do formularza płatności przeszło zaledwie 14 osób (29,79%). Dopiero później mój przyjaciel zajmujący się e-commerce, wyjaśnił, że strona z podsumowaniem zamówienia była bardzo nieintuicyjna, przez co ludzie rezygnowali z zakupu.
  • Z ocalałych 14, 13 opłaciło zakup (92,86%).

Konwersja (stosunek zamówień, to wyświetleń I oferty) wyniosła więc 6,95%. Dla porównania średnia konwersja w sklepach internetowych wynosi około 3%.

13 sprzedaży wygenerowało kwotę 73,87 zł przychodu, co daje średnio 6,07 zł na zamówienie. Widełki wpłat rozkładały się od 0,99 zł do 19,99 zł. Tylko 4 osoby wpłaciły minimalną kwotę 99 groszy (de facto 3, bo jedna wpłaciła 2 razy).

Jakie poniosłem koszty?

Jeśli chodzi o koszty, to nie było ich praktycznie wcale. Cały proces wykonałem samodzielnie. Korzystałem z infrastruktury (domena + hosting), którą już posiadałem, a więc nie płaciłem za nie dodatkowo. Promocja również wykonana była bezkosztowo. Jedyną opłatą jest 1,9% prowizji systemu płatności.

Warto jednak wspomnieć, że kosztem z pewnością był poświęcony czas. Szacuję, że było to łącznie kilkanaście godzin. Jednak w porównaniu z kilkudziesięcioma godzinami poświęconymi na napisanie pracy magisterskiej, ten dodatkowy czas wart był swojej ceny.

Z prostych kalkulacji wychodzi jednak, że zarabiałem 1,21 zł dziennie, a godzina mojej pracy była warta jakieś 4 zł. Chciałem jednak podkreślić, że sprzedaż nadal trwa już bez mojej ingerencji (o tutaj).

Co więcej, moim celem nie było generowanie zysku. Zaznaczyłem to nawet w ofercie. Obiecałem, że 100% środków ze sprzedaży ebooka zostanie przekazane na wsparcie projektów crowdfundingowych, ponieważ jest to idea, w którą wierzę i z której sam kilkukrotnie skorzystałem, otrzymując pomoc od innych ludzi. Stwierdziłem, że przekazując zyski będę miał szansę odwdzięczenia się. Finalnie nie przekazałem jednak 100% zysków. Przez 2 miesiące przekazałem 1365%, czyli 1009 zł.

finansowanie społecznościowe - wpłaty

Słowo na zakończenie

Opisane wyżej case study nie jest może spektakularne i nie atakuje wielkimi liczbami. Ale mój cel był zupełnie inny. Chciałem Wam pokazać, że czas poświęcony na napisanie pracy magisterskiej nie musi być czasem zmarnowanym. Praca magisterska może mieć znaczenie, może przynosić realne korzyści, może coś zmienić w otaczającej nas rzeczywistości. Może czasami trudno w to uwierzyć, ale może być czymś… <przełyka ślinę> wartościowym.

Pomyśl o tym, że jedyną zmianą, jaką wywołała 354-stronicowa praca magisterska Henry’ego Kissingera, było wprowadzenie przez władzę Harvardu oficjalnego limitu stron.

Pomyśl o tym, że David Foster Wallace został prawie wyrzucony ze studiów MFA za pisanie nielinearnych i nierealistycznych rzeczy. Potem jego powieści recenzowano w Times.

Pomyśl o tym, że Maya Lin dostała od swojego profesora architektury czwórkę za projekt Pomnika Weteranów Wietnamu. Potem zgłosiła ten sam projekt do konkursu i pokonała 1421 innych prac… w tym pracę swojego profesora.

Pomyśl o tych wszystkich dwudziestokilkuletnich osobach, których odkrycia, projekty czy talenty nie zostały zauważone. Które zmagając się z uczelnianymi ograniczeniami, straciły zapał i entuzjazm.

Pomyśl o nich Drogi Przyjacielu, Droga Przyjaciółko, a potem pomyśl o tym, że nie musisz tworzyć kolejnej porcji niezrozumiałego, akademickiego bełkotu. Twoja magisterka może stać się książką, naukowym odkryciem lub nowym produktem. Może stać się czymś wartościowym dla innych ludzi. Więc spójrz śmiało w przyszłość i daj sobie szansę, żeby zmienić świat.

obrona pracy magisterskiej

Chcesz kogoś zainspirować do tego samego? Wyślij mu ten tekst.

Chcesz zobaczyć, co napisałem w swojej pracy magisterskiej? Kliknij tutaj.

Opublikowane przez: Kamil Bąbel

Twórca internetowy, poszukiwacz przygód i miłośnik wystąpień publicznych. Lubi realizować pomysły, które uchodzą za trudne, bardzo trudne, a nawet nierealne. Uważa, że rzeczy wielkich nie osiąga się w pojedynkę. Subskrybuj newsletter, aby nie przegapić kolejnych wpisów.

3 komentarzy

Kamilu, bardzo ciekawy i motywujący wpis. Myślę, że może on zachęcić innych (w tym również mnie), by od nieco innej strony popatrzeć na tworzenie pracy magisterskiej i efekt finalny. Mam jednak pewną obawę dotyczącą celu Twojego bloga. Mówisz, że „staram się dowiedzieć, co robić, a czego nie robić, żeby wygrywać w blogowaniu” – nie sądzisz, że ten wpis, mimo swojej dużej wartości, nieco odbiega od głównego tematu? A sam kiedyś pisałeś, że błędem, jaki popełniłeś tworząc poprzedni blog, to zbyt szeroka tematyka. Może nieco przeformułowanie tekstu (np. pomysł na blog i ebooka ambitnego studenta z ideałami) załatwiłoby sprawę?

Ja zamierzam coś takiego zrobić ale z pracą podyplomową. Myślę, że sam ebook ma większe branie jak topienie pieniędzy w drukowaniu papierowej książki. Zobaczę jak to wyjdzie może wydrukowanie takiej papierowej książki nie okaże się zbyt wysokim kosztem. Będę musiała poprosić o wycenę w kilku wydawnictwach.

Przy druku książki 120 stron w miękkiej oprawie (nakład 100 szt.) płaciłem około 5zł/szt. więc nie jest to duży koszt. Musisz mieć jedynie pewność, że inwestycja Ci się zwróci.

Dodaj komentarz